9 marca 2014

Rozdział siódmy

Biegłem jakąś łąką, była taka cudowna pogoda, słońce okalało moją twarz. Po prawej stronie była mała rzeczka. Nie wiem czy uciekałem, czy byłem szczęśliwy... Miałem na sobie tylko starte jeansy. To było dość dziwne. Opadłem ze zmęczenia na trawę i cieszyłem się czystym powietrzem. Rozłożyłem ręce i nogi udając, że robię gwiazdę na śniegu, bez śniegu. Zamknąłem oczy i ktoś położył się u mojego boku. To była Karoline. Najpierw mocno ją do siebie przytuliłem, a potem goniliśmy się jak dzieci. Byliśmy razem szczęśliwi, a po chwili zza drzew wyszła Miriam. Była w zwykłej nocnej koszulce, wyglądając w niej jak niewinna dziewczynka. Razem tańczyliśmy, śmialiśmy się, wygłupialiśmy ciesząc się swoim towarzystwem. Niestety świat zwolnił gdy dostrzegłem czarną postać opartą o jedno z drzew. Gdy zorientował się, że go dostrzegłem usłyszałem strzał. Odwracam się i brunetka klęczy trzymając się za brzuch, odsłania ręce i upada cała zakrwawiona. Chce biec do tego bydlaka, ale jego już tam nie ma. Następny strzał, Miriam leży martwa na trawie. Świat wiruje i przenoszę się na jakieś pustkowie. Sucha ziemia, skały, zero roślinności. W oddali dostrzegam jakieś posągi. Szybko biegnę w ich kierunku i zamieram w bezruchu. Przypominały one Karoline i Miriam w takich pozycjach jak umarły. Przy każdym była czarna róża i czarna karteczka ze złotą uśmiechniętą buźką. Wystraszyłem się i począłem wycofywać się do tyłu potykając się o coś. Upadłem i klęknąłem chcąc dostrzec przedmiot przez który straciłem równowagę. Był to mój posąg. Leżałem z podkulonymi nogami, w prawej dłoni miałem zaciśniętą czarną różę, a na twarzy miałem wymalowaną jedną emocję: przerażenie. Cofnąłem się chcąc wstać i natknąłem się ręką na coś kłującego: czarną różę. Chwyciłem ją i pojawiła się czarna postać z wycelowaną we mnie bronią. Przyjąłem taką pozycję jak tamten posąg i usłyszałem strzał...
-Aaaa... -wrzasnąłem cały spocony budząc się z okropnego snu.
-Wszystko dobrze?-do pokoju wbiegła mama.
-Chyba tak...
-Co się stało?-przysiadła na łóżku obejmując mnie.
Dokładnie i wylewnie opowiedziałem jej swój sen. Z początku była szczęśliwa, jak jej mówiłem co się działo. Jak zacząłem wchodzić w fazę, gdzie dział się ten koszmar pojedyncze łzy zaczęły spływać po jej policzkach. Z każdym wspomnianym wątkiem jej oczy robiły się co raz większe z przerażenia. Serce waliło jej jak oszalałe. Skończyłem opowiadać, a ona tylko mocno przytuliła mnie do siebie.
-To tylko głupi sen. Nie ma czym się martwić.-głaskała mnie po głowie- Teraz niczym się nie martwiąc idź spać, bo czeka Cię ciężki dzień i mnie również.-podniosła się i opuściła pokój.
Powoli przyłożyłem głowę do poduszki z nadzieją, że nic równie idiotycznego mi się nie przyśni. Zamknąłem oczy i wsłuchiwałem się w dźwięk uderzających kropli deszczu o parapet, to mnie zawsze uspokajało. Otuliłem się kołdrą i już po chwili spałem.

***

Rano obudziło mnie głaskanie po policzku. Myśląc, że to Darcy- moja kotka- odgoniłem ją lekko i poczułem, że uderzam w coś twardego. Sekundę później usłyszałem ten charakterystyczny śmiech i wiedziałem, że to nie był mój kot.
-Nie chcesz, żebym Cię budziła?
-Nie chce mi się wstawać.-mruczałem nie otwierając oczu.
-Tak wiem, ciężka noc. Anne mi powiedziała.-pogłaskała mój policzek.
-Położysz się ze mną na chwilę?
-Drugi raz nie musisz powtarzać.-nie patrzyłem na nią, ale wiedziałem, że się uśmiecha.
Obeszła łóżko dookoła o położyła się przede mną wtulając plecami we mnie.
-Tak dobrze?-zapytała z uśmiechem.
-Wspaniale.-ucałowałem czubek jej głowy.
-To może my nie będziemy wam przeszkadzać.-wparowali do pokoju Niall i Zayn.
-Spoko i tak muszę już wstać.-odwróciłem się w ich stronę.
-Okey.-Niall przysiadł na rogu łóżka.
-To ja idę się ubrać.
Skierowałem się do szafy i zdecydowałem się na jasne, sprane, jeansowe rurki, czerwoną bokserkę i czarne vansy. Z wybranym ubraniem wszełem do łazienki. Wykonałem wszystkie czynności i na koniec rozczesałem burzę loków na mojej głowie. Chciałem już wychodzić z pomieszczenia, gdy usłyszałem dziwną rozmowę przez niedomknięte drzwi.
-Co ty odwalasz?
-Zakochałaś się, czy co?
-Do tej pory Cie nie zauważał, a teraz myślisz, że będzie wspaniale? Co ty masz w tej popierdolonej główce. Pamiętasz kim jesteśmy!? Nie na tym miał polegać nasz plan! Miałaś się z nim zaprzyjaźnić, a później wiesz co... byłaś najlepsza w tym z nas wszystkich. Doskonale wiesz dlaczego się tu przeprowadziliśmy. Specjalnie za nim tu przyjechaliśmy. Parę razy się już dla niego zmieniałaś, żeby Cię zauważył. Nie widzisz, że on jest pusty i tyle. On Cię nie pokocha. Zrozum to głupia.-zakończył Zayn.
-Ale ja już nie potrafię. Wiecie co do niego czuję. Nie umiem go skrzywdzić. Nie chciałam wam wtedy mówić, jak się tu przenosiliśmy, że go kocham...
-To ty już od wtedy!?-wzburzył się Zayn.
-Ciszej, bo nas usłyszy.
-Jak mam być cicho. Ta wydra zwyczajnie nas oszukała!
-Daj spokój. Nie wierze, że nie zauważyłeś wcześniej, że się go nie pozbędzie. To, że twoja siostra miała problemy przez tego typa, bo się w niej zakochał i dał jej kradzioną biżuterię to nie wina Karoline. Odpuść, bo pomyślę, że się w niej zakochałeś i dlatego chcesz go zniszczyć.-tłumaczył blondasek.
-Nie zakochałem się w niej. Jesteśmy rodziną przecież.
-No właśnie „na dobre i na złe” pamiętasz jeszcze Zack?
-Pamiętam... Przepraszam, już dam spokój.
-To i tak nie miałoby sensu. Któreś z nas poszłoby siedzieć i na co nam to. Stracilibyśmy się.-odezwała się brunetka.
Nie chcę nic mówić ani wyciągać pochopnych wniosków, ale oni chyba chcieli mnie zabić i właśnie o tym rozmawiali w moim pokoju. A co innego przychodzi wam na myśl? Dla mnie jedynym sensownym wytłumaczeniem jest to. Nic z tego nie rozumiem to Crazy się we mnie kocha? Niall mnie broni, a Zayn obwinia mnie o swoją siostrę, jakąś biżuterię. Do cholery o co tu chodzi? Chwila, jeszcze raz. Dziewczyna, biżuteria, kradzież, przeprowadzka... O nie! To klei się w jedną całość! To chodzi o tą historię przez, którą się tu przeprowadziłem. W takim razie Doniya jest jego siostrą? Tym bardziej mam mętlik, bo Karoline powiedziała, że przecież są z sierocińca i to trochę nie ma sensu. A może jednak... Może ona mu wszystko opowiedziała jak się poznali, jak Zayn ich odnalazł po tylu latach. Jeszcze jedno pytanie: „Czemu oni go zostawili?”. Boże moja głowa była przepełniona milionem pytań. Nic nie rozumiałem, dochodziłem do pewnych wniosków, ale szybko z nich rezygnowałem. Wszystko co myślałem co sobie wyobrażałem po chwili stawało się sprzeczne z innymi faktami. Jednak bez jakichkolwiek protestów dwie rzeczy są pewne. Pierwsza to, że Zayn może być tym całym „M”, który nie daje mi swobodnie żyć i odciąć się od tamtego świata, od przeszłości. Niestety druga jest gorsza i będzie na pewno trudniejsza: muszę z nimi w końcu porozmawiać na ten temat. Ale nie dziś...
-O czym gadacie?-przerwałem im wchodząc do pokoju.
-Właśnie wspominaliśmy moje urodziny, o których Ci opowiadałam i za niedługo zbliżają się następne.
-Wybieracie się na imprezę do Marka?-zagadnął Niall.
-Tak. Mogę nas zabrać. Dam wam znać co i jak.-zamknąłem okno przez które wpadało chłodne powietrze.
-Chłopaki idźcie już, bo Hazza wychodzi z Mattem, a ja z jego mamą i oboje potrzebujemy się przygotować.
-Oki. To na razie.- pożegnali się z nami i wyszli.
Byłem z nią teraz sam na sam i teoretycznie mogłem zrobić wszystko, bo wiedziałem, że na wiele mi pozwoli. Eh... Marcel ty zboczuchu! O czym ty myślisz! W każdym bądź razie miałem idealny moment by z nią porozmawiać o tym co się działo i o czym rozmawiali jak byłem w łazience. Chyba niestety nie był to ten moment...
-Karoline idziemy?-moja mama wparowała do pokoju.
-Już?-zdziwiłem się.
-Przecież musimy wybrać coś sexy dla niej na tą dzisiejszą imprezę.-puściła do niej oczko.
-Uwielbiam twoją mamę.-rzuciła się na mnie i objęła.
-To dlaczego przytulasz mnie?-objąłem ją w pasie.
-Jak Ci nie pasuje...-poczęła wyrywać się z moich objęć, a ja ją tylko mocniej przytuliłem.
-Idź już na te zakupy.-pocałowałem ją w czoło i wypuściłem
-Pa!-rzuciła wychodząc z pokoju.

***

Matt przyjechał po mnie terenówką. Całkiem niezłe auto, ale ja też mam fajne. Osobiście to wolę moje, ale cóż... W każdym razie jechaliśmy jakąś godzinę. Jak się zapytałem, gdzie jedziemy to powiedział, że to niespodzianka. Miałem wrażenie, że chyba mu się jednak nie podoba ten nasz wspólny wyjazd. Wszystko nawet było spoko chwile rozmawialiśmy w aucie. I na szczęście ta moja męczarnia się zakończyła, gdy usłyszałem:
-Dojechaliśmy.
Zacząłem się rozglądać, a tam jakaś piaskowa droga, pole po jednej stronie, pole po drugiej stronie. „Gdzież on mnie wywiózł?” zadawałem sobie pytanie w myślach. Zatrzymał się przed jakimś starym domkiem z drewna. Widniał nad nim napis: „Strzelnica”. Było to trochę dziwne, bo strzelnicy to raczej nie przypominało.
-To na pewno tu?-zapytałem się wysiadając z auta.
-Tak.-wciągnął powietrze do płuc.- Chodź postrzelamy sobie.-poklepał mnie po plecach i skierował się do drzwi.
Poszedłem tuż za nim. Pchnął wielkie drewniane drzwi i znaleźliśmy się w środku. Na ścianach widniało pełno zwierzęcych głów i skór. Ogólnie pomieszczenie było przestronne. W rogu dostrzegłem trzy stoliki i krzesła. Zaczynało mnie troszkę przerażać po co on mnie wywiózł tak daleko... Mógł zabrać mnie na strzelnice u nas.
-Chodź już zapłaciłem.-wyrwał mnie z rozmyślań Matt.
Poszedłem za nim do jakiegoś pomieszczenia dalej. Było tam mnóstwo różnej broni: krótka, długa, z jedną lufą, z dwoma, karabiny, automaty no ogrom tego. Matt wybrał parę i wyszliśmy na zewnątrz. Stanąłem na werandzie budynku i zamarłem jakbym zobaczył ducha. Ja byłem na jakimś ranczo! Ja nawet nie wiedziałem, że tu jeszcze coś takiego istnieje. Przed sobą miałem wielkie pole i w oddali stały snopy siana. Na tych snopach ustawione były jakieś puszki i słoiki. Na prawo było takie miasteczko do którego można było wejść i strzelać do bandytów, ale trzeba było uważać na zwykłych ludzi. Najbardziej fascynowało mnie to co stało na lewo. Dostrzegłem duże, okrągłe tarcze do strzelania, ale raczej do łuku niż broni palnej.
-Matt to można sztrzelać z łuku?
-Tak, ale to jest dodatkowa atrakcja.
-Dodatkowa?
-Trzeba zestrzelić sześć puszek, dwa słoiki i nie zastrzelić żadnego mieszkańca w „Mieście bandytów”-wskazał na kartonowe miasteczko.
-Dawaj broń ja już sobie z tym wszystkim poradzę.
-Jest haczyk kolego.
-Jak zawsze. Co tym razem?
-Przy puszkach i słoikach masz tylko jedną kulę więcej do wykorzystania, czyli raz możesz spudłować. A w „miasteczku” masz wyliczoną ilość kul na bandytów.
-Dam radę.
-Dobrze, nie przeczę. Pokazać Ci jak używać tego?
-Nie trzeba. Ty pierwszy.
Stanął w rozkroku i śmiało zestrzelił jedną puszkę. Dobrze mu szło, ale na początku. Potem zaczął chybiać i tu miałem przewagę. Pokaż na co Cie stać Styles!
Chwyciłem broń w prawą rękę i wystawiłem lewą nogę w przód. Usłyszałem tylko cichy chichot Matta i innych którzy stali na werandzie domu. Uśmiechnąłem się do siebie i wziąłem głęboki oddech, który pomógł mi się wyciszyć. Oddałem strzał w słoik i opuściłem broń. Za plecami słyszałem; „Jak on to zrobił?” „To nie możliwe”. Skierowałem wzrok na Matta, a ten wpatrywał się z niedowierzaniem. Strzeliłem z jeden słoik, a rozbiły się dwa. Tak po kolei wystrzelałem wszystkie puszki i zostały mi dwie kule w magazynku. Zaśmiałem się i odwróciłem. Za mną stali mężczyźni zastanawiając się jak ja to zrobiłem. Oddałem broń Mattowi i zaśmiałem się cwaniacko.
-Teraz daj mi dwa Glocki 19. Idę po swój łuk.
-Jesteś pewien, że dasz radę?
-Jasne. Jest jakiś poziom trudności?
-Tak.
-To chcę najtrudniejszy.
Stanąłem przed „wejściem” odbezpieczyłem broń i kiwnąłem głową, że jestem gotowy. Wpuścili mnie do środka. Stanąłem w centrum i obróciłem się dookoła. Nic nigdzie nie było i nagle słyszę podnosząca się bramka, szybki ruch i wykonuje celny strzał. Podążam do niego i zza rogu kolejna postać i znów bingo! Tak do końca, całe dwadzieścia postaci. Już kieruje się do wyjścia i nagle dwie postacie przy nim. Już miałem strzelać, gdy dostrzegłem, że nie mają broni i nie strzeliłem. Ze środka wyszedłem dumny z siebie. Wszyscy stali i nie wierzyli w to co właśnie ujrzeli. Nie popełniłem żadnego błędu
-Stary jak ty to zrobiłeś?-odezwał się jeden z nich.
-Uwziąłem się, bo chce postrzelać z łuku.
-Należy Ci się.-podał mi łuk właściciel.
-Gdzie ty nauczyłeś się tak dobrze strzelać? Jesteś taki młody!
-Ujmę to tak. Jeśli czegoś pragniesz to nie odpuszczaj.-poklepałem grubego mężczyznę i poszedłem na drugą stronę pola.
-Chwila.-podbiegł do mnie Matt i dotrzymywał mi kroku.-Jakim cudem wiesz jak posługiwać się bronią i to tak dobrze?
-Nie jesteś moim ojcem, żeby to wiedzieć.-rzekłem najuprzejmiej jak potrafiłem.
-Ale jestem blisko z twoją matką i myślę, że byłoby miło gdyby wiedziała skąd umiesz tak strzelać.
-Po prostu mam szczęście i tyle.-napiąłem łuk i puściłem strzałę. Trafiła w sam środek.
Już więcej o to mnie nie męczył. Wiedział, że i tak nie udzielę mu odpowiedzi-przynajmniej nie powiem prawdy. A co ja miałem mu powiedzieć? Może powiem mu prawdę? „No wiesz co Matt zanim przeprowadziłem się tu z mamą i zanim zmieniłem się w grzecznego chłopca, byłem w gangu. Skakaliśmy po dachach, budynkach i całkiem nieźle nauczyli mnie władać bronią. Myślę, czy nie nauczyć Cię strzelać, bo chyba nie potrafisz, a przywozisz mnie w takie miejsca. Ciekawy sposób na poznanie się. A wiesz co: Mam ochotę Cię zastrzelić za to co zrobiłeś Karoline. Jesteś beznadziejnym ojcem, bo zostawiłeś dwóch synów i wyparłeś się córki. Co z Ciebie za człowiek!? Jesteś zwykłą szmatą, którą powinno wycierać się podłogę. Takie mam zdanie o Tobie!”. Przecież mu tego nie powiem! „Ogarnij się Styles” podpowiadało mi moje drugie ja.
-Może pojedziemy dalej?
-A to jeszcze gdzieś jedziemy?
-Tak. Idziesz?-zagadnął mnie.
-Taj. Już.-oddałem łuk właścicielowi strzelnicy i podziękowałem za miły dzień, a on zaprosił mnie ponownie.
Znów godzina w samochodzie. Jakie to jest męczące... Tym razem żaden z nas się nie odzywał. Chyba go uraziłem czymś. Jest dorosły, a zachowuje się jak dziecko. Odezwał się dopiero jak dojechaliśmy na miejsce.
Stanęliśmy przed jakąś knajpą, a raczej pubem. W około był jakiś las, ale kojarzyłem tą okolicę. Nie wiem jaki i kiedy, ale byłem tu chyba.
-Chodź do środka, bo robi się zimno. Zjemy coś i pogadamy sobie.
-Już idę.
Weszliśmy do środka. Pachniało tam piwem, hamburgerami i było słychać mnóstwo facetów. Usiedliśmy przy barze na krzesłach. Obróciłem się i spoglądałem w stronę parkietu. Teraz zauważyłem, że było tam dużo kobiet.
-Chcesz piwo?-wyrwał mnie z rozmyślań Matt.
-Tak, ale małe. Idę potem na imprezę nie wiem, czy pamiętasz.
-Okey. To jedno duże i małe.
-Przecież prowadzisz.-upomniałem go.
-Spokojnie, Matt pije bezalkoholowe. Kim jesteś, że tego nie wiesz?-zagadnął barman.
-To syn Anne, opowiadałem Ci.-Matt odpowiedział zanim się odezwałem.
Chwila „syn Anne” ? To on się zna z tym barmanem. On doskonale wiedział, że pije bezalkoholowe. Co tu do cholery jest grane! Zaczynam się denerwować, ale muszę zachować zimną krew.

Po posiłku spożytym w zupełnej ciszy zaczęliśmy grać w rzutki. Niestety, ale wygrywał ze mną, bo za bardzo za tą grą nie przepadam.
-Miałeś mi trochę o sobie opowiedzieć jak się dziś zobaczymy, a raczej nie było okazji.-zwrócił się do mnie.
-No trochę byliśmy zajęci. W sumie to nie wiem co Ci mam powiedzieć. Chłopak jak chłopak. Lubię fajne dziewczyny, nawet dobrze się uczę, czasami pójdę na imprezę. Mam normalne życie jak przeciętny człowiek.-zdobyłem się na uśmiech.
-No to faktycznie chyba nie ma co opowiadać.-upił łyk piwa.
-A ty co mi ciekawego powiesz? Jak to jest z tymi twoimi synami?
-Wiesz ogólnie rozwód z żoną miałem ciężki i teraz mam trochę ograniczone prawa co do synów. Twoja mama jest całkiem fajna kobietą. Nie wiem czy na nią zasługuję.
-Myślę, że idealnie do siebie pasujecie.-skłamałem i podałem mu lotki.
-Może i masz racje. Nie chce jej skrzywdzić. To by było moje trzecie małżeństwo.
-Trzecie.-dodałem pośpiesznie.
-Tak... Eh... W pierwszym małżeństwie nie miałem dzieci.-powiedział zdenerwowany.
-Na pewno?
-Przepraszam czy ty mi coś zarzucasz!?-podniósł się ze stołka- Za kogo ty się masz gówniarzu!?-przysunął się niebezpiecznie blisko, a jego dłonie zacisnęły się w pieść.
-Przepraszam nie chciałem Cię urazić. Nie wiem dlaczego z tym wypaliłem.-uniosłem ręce w geście poddania.
-Dobrze.-natychmiast ochłonął- Jedziemy do domu.-rzucił pieniądze barmanowi i wyszedł.


***

Wyszedłem spod prysznica i rozczesałem włosy. Podszedłem do szafy i wybrałem bordowe vansy, moje ukochane, czarne rurki, czerwoną koszulkę z napisem: „Young Lover Never Die” i skórzaną kurtkę. Poszedłem do łazienki wysuszyć włosy, gdy dostałem sms:
„Jestem na dole czekam z chłopakami :* ”
Wtedy przypomniałem sobie, że miałem wysłać sms z adresem do Lou, gdzie jest impreza. Znalazłem jego numer i wstukałem na ekranie:
„Pillar Box Ln 246 będzie ostra impreza :)”
Chwilę później dostałem sms od Lou:
„Dziki za adres :) na pewno będziemy”
Psiknąłem się jeszcze swoimi perfumami i wyszedłem z pokoju kierując się na dół.
-Hej chłopaki! Gdzie Crazy?
-Jest w kuchni z twoją mamą.
-To macie tu moje kluczyki.-rzuciłem im je- Wsiądźcie do auta, a ja zaraz przyjdę z naszą zgubą.
Skierowałem się do kuchni po dziewczynę i już w drodze do niej usłyszałem dziwną rozmowę:
-Spokojnie. Wybrałyśmy super ciuchy na pewno się wszystkim spodobasz. Byłoby dziwne, gdyby nikt nie zwrócił uwagi na twoje wdzianko.
I wtedy wszedłem do kuchni...
-O... Marcel nareszcie.-powiedziała mama.

_________________________
  
   Bardzo późno, wiem. Niestety nie będę się rozpisywać za bardzo, bo źle się czuję. Martwi mnie, że z rodziału na rozdział jest mniej komentarzy. Proszę wyrażajcie swoje zdanie. 
CZYTASZ=KOMENTUJESZ XOXO

4 komentarze:

  1. KOCHAM! <3
    @Asia_Dir

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobry rozdział, nareszcie :))
    tylko trochę za mało piszsz o miriam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Musicie byc cierpiwi :) Miriam będzie, ale musze to troche nakrecic. Przeciez to o niej jest to opowiadanie po czesci :)

      Usuń
  3. Jest super. Ciekawe co będzie na party ^^ @Vickey__2412 xx

    OdpowiedzUsuń