Biegłem
jakąś łąką, była taka cudowna pogoda, słońce okalało moją
twarz. Po prawej stronie była mała rzeczka. Nie wiem czy uciekałem,
czy byłem szczęśliwy... Miałem na sobie tylko starte jeansy. To
było dość dziwne. Opadłem ze zmęczenia na trawę i cieszyłem się
czystym powietrzem. Rozłożyłem ręce i nogi udając, że robię
gwiazdę na śniegu, bez śniegu. Zamknąłem oczy i ktoś położył
się u mojego boku. To była Karoline. Najpierw mocno ją do siebie
przytuliłem, a potem goniliśmy się jak dzieci. Byliśmy razem
szczęśliwi, a po chwili zza drzew wyszła Miriam. Była w zwykłej
nocnej koszulce, wyglądając w niej jak niewinna dziewczynka. Razem
tańczyliśmy, śmialiśmy się, wygłupialiśmy ciesząc się swoim
towarzystwem. Niestety świat zwolnił gdy dostrzegłem czarną
postać opartą o jedno z drzew. Gdy zorientował się, że go
dostrzegłem usłyszałem strzał. Odwracam się i brunetka klęczy
trzymając się za brzuch, odsłania ręce i upada cała zakrwawiona.
Chce biec do tego bydlaka, ale jego już tam nie ma. Następny strzał, Miriam leży martwa na trawie. Świat wiruje i przenoszę się na
jakieś pustkowie. Sucha ziemia, skały, zero roślinności. W oddali
dostrzegam jakieś posągi. Szybko biegnę w ich kierunku i zamieram
w bezruchu. Przypominały one Karoline i Miriam w takich pozycjach
jak umarły. Przy każdym była czarna róża i czarna karteczka ze
złotą uśmiechniętą buźką. Wystraszyłem się i począłem
wycofywać się do tyłu potykając się o coś. Upadłem i klęknąłem
chcąc dostrzec przedmiot przez który straciłem równowagę. Był to
mój posąg. Leżałem z podkulonymi nogami, w prawej dłoni miałem
zaciśniętą czarną różę, a na twarzy miałem wymalowaną jedną emocję: przerażenie. Cofnąłem się chcąc wstać i natknąłem się
ręką na coś kłującego: czarną różę. Chwyciłem ją i
pojawiła się czarna postać z wycelowaną we mnie bronią.
Przyjąłem taką pozycję jak tamten posąg i usłyszałem strzał...
-Aaaa...
-wrzasnąłem cały spocony budząc się z okropnego snu.
-Wszystko
dobrze?-do pokoju wbiegła mama.
-Chyba
tak...
-Co
się stało?-przysiadła na łóżku obejmując mnie.
Dokładnie
i wylewnie opowiedziałem jej swój sen. Z początku była szczęśliwa,
jak jej mówiłem co się działo. Jak zacząłem wchodzić w fazę,
gdzie dział się ten koszmar pojedyncze łzy zaczęły spływać po
jej policzkach. Z każdym wspomnianym wątkiem jej oczy robiły się
co raz większe z przerażenia. Serce waliło jej jak oszalałe.
Skończyłem opowiadać, a ona tylko mocno przytuliła mnie do
siebie.
-To
tylko głupi sen. Nie ma czym się martwić.-głaskała mnie po
głowie- Teraz niczym się nie martwiąc idź spać, bo czeka Cię
ciężki dzień i mnie również.-podniosła się i opuściła
pokój.
Powoli
przyłożyłem głowę do poduszki z nadzieją, że nic równie
idiotycznego mi się nie przyśni. Zamknąłem oczy i wsłuchiwałem
się w dźwięk uderzających kropli deszczu o parapet, to mnie zawsze
uspokajało. Otuliłem się kołdrą i już po chwili spałem.
***
Rano
obudziło mnie głaskanie po policzku. Myśląc, że to Darcy- moja
kotka- odgoniłem ją lekko i poczułem, że uderzam w coś twardego.
Sekundę później usłyszałem ten charakterystyczny śmiech i
wiedziałem, że to nie był mój kot.
-Nie
chcesz, żebym Cię budziła?
-Nie
chce mi się wstawać.-mruczałem nie otwierając oczu.
-Tak
wiem, ciężka noc. Anne mi powiedziała.-pogłaskała mój policzek.
-Położysz
się ze mną na chwilę?
-Drugi
raz nie musisz powtarzać.-nie patrzyłem na nią, ale wiedziałem,
że się uśmiecha.
Obeszła
łóżko dookoła o położyła się przede mną wtulając plecami we
mnie.
-Tak
dobrze?-zapytała z uśmiechem.
-Wspaniale.-ucałowałem
czubek jej głowy.
-To
może my nie będziemy wam przeszkadzać.-wparowali do pokoju Niall i
Zayn.
-Spoko
i tak muszę już wstać.-odwróciłem się w ich stronę.
-Okey.-Niall
przysiadł na rogu łóżka.
-To
ja idę się ubrać.
Skierowałem
się do szafy i zdecydowałem się na jasne, sprane, jeansowe rurki,
czerwoną bokserkę i czarne vansy. Z wybranym ubraniem wszełem do
łazienki. Wykonałem wszystkie czynności i na koniec rozczesałem
burzę loków na mojej głowie. Chciałem już wychodzić z
pomieszczenia, gdy usłyszałem dziwną rozmowę przez niedomknięte
drzwi.
-Co
ty odwalasz?
-Zakochałaś
się, czy co?
-Do
tej pory Cie nie zauważał, a teraz myślisz, że będzie wspaniale?
Co ty masz w tej popierdolonej główce. Pamiętasz kim jesteśmy!?
Nie na tym miał polegać nasz plan! Miałaś się z nim
zaprzyjaźnić, a później wiesz co... byłaś najlepsza w tym z nas
wszystkich. Doskonale wiesz dlaczego się tu przeprowadziliśmy.
Specjalnie za nim tu przyjechaliśmy. Parę razy się już dla niego
zmieniałaś, żeby Cię zauważył. Nie widzisz, że on jest pusty i
tyle. On Cię nie pokocha. Zrozum to głupia.-zakończył Zayn.
-Ale
ja już nie potrafię. Wiecie co do niego czuję. Nie umiem go
skrzywdzić. Nie chciałam wam wtedy mówić, jak się tu
przenosiliśmy, że go kocham...
-To
ty już od wtedy!?-wzburzył się Zayn.
-Ciszej,
bo nas usłyszy.
-Jak
mam być cicho. Ta wydra zwyczajnie nas oszukała!
-Daj
spokój. Nie wierze, że nie zauważyłeś wcześniej, że się go nie
pozbędzie. To, że twoja siostra miała problemy przez tego typa, bo
się w niej zakochał i dał jej kradzioną biżuterię to nie wina
Karoline. Odpuść, bo pomyślę, że się w niej zakochałeś i
dlatego chcesz go zniszczyć.-tłumaczył blondasek.
-Nie
zakochałem się w niej. Jesteśmy rodziną przecież.
-No
właśnie „na dobre i na złe” pamiętasz jeszcze Zack?
-Pamiętam...
Przepraszam, już dam spokój.
-To
i tak nie miałoby sensu. Któreś z nas poszłoby siedzieć i na co
nam to. Stracilibyśmy się.-odezwała się brunetka.
Nie
chcę nic mówić ani wyciągać pochopnych wniosków, ale oni chyba
chcieli mnie zabić i właśnie o tym rozmawiali w moim pokoju. A co
innego przychodzi wam na myśl? Dla mnie jedynym sensownym
wytłumaczeniem jest to. Nic z tego nie rozumiem to Crazy się we
mnie kocha? Niall mnie broni, a Zayn obwinia mnie o swoją siostrę,
jakąś biżuterię. Do cholery o co tu chodzi? Chwila, jeszcze raz.
Dziewczyna, biżuteria, kradzież, przeprowadzka... O nie! To klei się
w jedną całość! To chodzi o tą historię przez, którą się tu
przeprowadziłem. W takim razie Doniya jest jego siostrą? Tym
bardziej mam mętlik, bo Karoline powiedziała, że przecież są z
sierocińca i to trochę nie ma sensu. A może jednak... Może ona mu
wszystko opowiedziała jak się poznali, jak Zayn ich odnalazł po
tylu latach. Jeszcze jedno pytanie: „Czemu oni go zostawili?”.
Boże moja głowa była przepełniona milionem pytań. Nic nie
rozumiałem, dochodziłem do pewnych wniosków, ale szybko z nich
rezygnowałem. Wszystko co myślałem co sobie wyobrażałem po
chwili stawało się sprzeczne z innymi faktami. Jednak bez jakichkolwiek protestów dwie rzeczy są pewne. Pierwsza to, że Zayn może
być tym całym „M”, który nie daje mi swobodnie żyć i odciąć
się od tamtego świata, od przeszłości. Niestety druga jest gorsza
i będzie na pewno trudniejsza: muszę z nimi w końcu porozmawiać na
ten temat. Ale nie dziś...
-O
czym gadacie?-przerwałem im wchodząc do pokoju.
-Właśnie
wspominaliśmy moje urodziny, o których Ci opowiadałam i za
niedługo zbliżają się następne.
-Wybieracie
się na imprezę do Marka?-zagadnął Niall.
-Tak.
Mogę nas zabrać. Dam wam znać co i jak.-zamknąłem okno przez które
wpadało chłodne powietrze.
-Chłopaki
idźcie już, bo Hazza wychodzi z Mattem, a ja z jego mamą i oboje
potrzebujemy się przygotować.
-Oki.
To na razie.- pożegnali się z nami i wyszli.
Byłem
z nią teraz sam na sam i teoretycznie mogłem zrobić wszystko, bo
wiedziałem, że na wiele mi pozwoli. Eh... Marcel ty zboczuchu!
O czym ty myślisz! W każdym bądź razie miałem idealny moment by z
nią porozmawiać o tym co się działo i o czym rozmawiali jak
byłem w łazience. Chyba niestety nie był to ten moment...
-Karoline
idziemy?-moja mama wparowała do pokoju.
-Już?-zdziwiłem
się.
-Przecież
musimy wybrać coś sexy dla niej na tą dzisiejszą imprezę.-puściła
do niej oczko.
-Uwielbiam
twoją mamę.-rzuciła się na mnie i objęła.
-To
dlaczego przytulasz mnie?-objąłem ją w pasie.
-Jak
Ci nie pasuje...-poczęła wyrywać się z moich objęć, a ja ją
tylko mocniej przytuliłem.
-Idź
już na te zakupy.-pocałowałem ją w czoło i wypuściłem
-Pa!-rzuciła
wychodząc z pokoju.
***
Matt
przyjechał po mnie terenówką. Całkiem niezłe auto, ale ja też
mam fajne. Osobiście to wolę moje, ale cóż... W każdym razie
jechaliśmy jakąś godzinę. Jak się zapytałem, gdzie jedziemy to
powiedział, że to niespodzianka. Miałem wrażenie, że chyba mu
się jednak nie podoba ten nasz wspólny wyjazd. Wszystko nawet było
spoko chwile rozmawialiśmy w aucie. I na szczęście ta moja męczarnia
się zakończyła, gdy usłyszałem:
-Dojechaliśmy.
Zacząłem
się rozglądać, a tam jakaś piaskowa droga, pole po jednej
stronie, pole po drugiej stronie. „Gdzież on mnie wywiózł?”
zadawałem sobie pytanie w myślach. Zatrzymał się przed jakimś
starym domkiem z drewna. Widniał nad nim napis: „Strzelnica”.
Było to trochę dziwne, bo strzelnicy to raczej nie przypominało.
-To
na pewno tu?-zapytałem się wysiadając z auta.
-Tak.-wciągnął
powietrze do płuc.- Chodź postrzelamy sobie.-poklepał mnie po
plecach i skierował się do drzwi.
Poszedłem
tuż za nim. Pchnął wielkie drewniane drzwi i znaleźliśmy się w
środku. Na ścianach widniało pełno zwierzęcych głów i skór.
Ogólnie pomieszczenie było przestronne. W rogu dostrzegłem trzy
stoliki i krzesła. Zaczynało mnie troszkę przerażać po co on
mnie wywiózł tak daleko... Mógł zabrać mnie na strzelnice u nas.
-Chodź
już zapłaciłem.-wyrwał mnie z rozmyślań Matt.
Poszedłem
za nim do jakiegoś pomieszczenia dalej. Było tam mnóstwo różnej
broni: krótka, długa, z jedną lufą, z dwoma, karabiny, automaty
no ogrom tego. Matt wybrał parę i wyszliśmy na zewnątrz. Stanąłem
na werandzie budynku i zamarłem jakbym zobaczył ducha. Ja byłem na
jakimś ranczo! Ja nawet nie wiedziałem, że tu jeszcze coś takiego
istnieje. Przed sobą miałem wielkie pole i w oddali stały snopy
siana. Na tych snopach ustawione były jakieś puszki i słoiki. Na
prawo było takie miasteczko do którego można było wejść i
strzelać do bandytów, ale trzeba było uważać na zwykłych ludzi.
Najbardziej fascynowało mnie to co stało na lewo. Dostrzegłem
duże, okrągłe tarcze do strzelania, ale raczej do łuku niż broni
palnej.
-Matt
to można sztrzelać z łuku?
-Tak,
ale to jest dodatkowa atrakcja.
-Dodatkowa?
-Trzeba
zestrzelić sześć puszek, dwa słoiki i nie zastrzelić żadnego
mieszkańca w „Mieście bandytów”-wskazał na kartonowe
miasteczko.
-Dawaj
broń ja już sobie z tym wszystkim poradzę.
-Jest
haczyk kolego.
-Jak
zawsze. Co tym razem?
-Przy
puszkach i słoikach masz tylko jedną kulę więcej do wykorzystania,
czyli raz możesz spudłować. A w „miasteczku” masz wyliczoną
ilość kul na bandytów.
-Dam
radę.
-Dobrze,
nie przeczę. Pokazać Ci jak używać tego?
-Nie
trzeba. Ty pierwszy.
Stanął
w rozkroku i śmiało zestrzelił jedną puszkę. Dobrze mu szło,
ale na początku. Potem zaczął chybiać i tu miałem przewagę.
Pokaż na co Cie stać Styles!
Chwyciłem
broń w prawą rękę i wystawiłem lewą nogę w przód. Usłyszałem
tylko cichy chichot Matta i innych którzy stali na werandzie domu.
Uśmiechnąłem się do siebie i wziąłem głęboki oddech, który
pomógł mi się wyciszyć. Oddałem strzał w słoik i opuściłem
broń. Za plecami słyszałem; „Jak on to zrobił?” „To nie
możliwe”. Skierowałem wzrok na Matta, a ten wpatrywał się z
niedowierzaniem. Strzeliłem z jeden słoik, a rozbiły się dwa. Tak
po kolei wystrzelałem wszystkie puszki i zostały mi dwie kule w
magazynku. Zaśmiałem się i odwróciłem. Za mną stali mężczyźni
zastanawiając się jak ja to zrobiłem. Oddałem broń Mattowi i
zaśmiałem się cwaniacko.
-Teraz
daj mi dwa Glocki 19. Idę po swój łuk.
-Jesteś
pewien, że dasz radę?
-Jasne.
Jest jakiś poziom trudności?
-Tak.
-To
chcę najtrudniejszy.
Stanąłem
przed „wejściem” odbezpieczyłem broń i kiwnąłem głową, że
jestem gotowy. Wpuścili mnie do środka. Stanąłem w centrum i
obróciłem się dookoła. Nic nigdzie nie było i nagle słyszę
podnosząca się bramka, szybki ruch i wykonuje celny strzał.
Podążam do niego i zza rogu kolejna postać i znów bingo! Tak do
końca, całe dwadzieścia postaci. Już kieruje się do wyjścia i
nagle dwie postacie przy nim. Już miałem strzelać, gdy
dostrzegłem, że nie mają broni i nie strzeliłem. Ze środka
wyszedłem dumny z siebie. Wszyscy stali i nie wierzyli w to co
właśnie ujrzeli. Nie popełniłem żadnego błędu
-Stary
jak ty to zrobiłeś?-odezwał się jeden z nich.
-Uwziąłem
się, bo chce postrzelać z łuku.
-Należy
Ci się.-podał mi łuk właściciel.
-Gdzie
ty nauczyłeś się tak dobrze strzelać? Jesteś taki młody!
-Ujmę
to tak. Jeśli czegoś pragniesz to nie odpuszczaj.-poklepałem
grubego mężczyznę i poszedłem na drugą stronę pola.
-Chwila.-podbiegł
do mnie Matt i dotrzymywał mi kroku.-Jakim cudem wiesz jak
posługiwać się bronią i to tak dobrze?
-Nie
jesteś moim ojcem, żeby to wiedzieć.-rzekłem najuprzejmiej jak
potrafiłem.
-Ale
jestem blisko z twoją matką i myślę, że byłoby miło gdyby
wiedziała skąd umiesz tak strzelać.
-Po
prostu mam szczęście i tyle.-napiąłem łuk i puściłem strzałę.
Trafiła w sam środek.
Już
więcej o to mnie nie męczył. Wiedział, że i tak nie udzielę mu
odpowiedzi-przynajmniej nie powiem prawdy. A co ja miałem mu
powiedzieć? Może powiem mu prawdę? „No wiesz co Matt zanim
przeprowadziłem się tu z mamą i zanim zmieniłem się w grzecznego
chłopca, byłem w gangu. Skakaliśmy po dachach, budynkach i całkiem
nieźle nauczyli mnie władać bronią. Myślę, czy nie nauczyć Cię
strzelać, bo chyba nie potrafisz, a przywozisz mnie w takie miejsca.
Ciekawy sposób na poznanie się. A wiesz co: Mam ochotę Cię
zastrzelić za to co zrobiłeś Karoline. Jesteś beznadziejnym ojcem,
bo zostawiłeś dwóch synów i wyparłeś się córki. Co z Ciebie za
człowiek!? Jesteś zwykłą szmatą, którą powinno wycierać się
podłogę. Takie mam zdanie o Tobie!”. Przecież mu tego nie powiem!
„Ogarnij się Styles” podpowiadało mi moje drugie ja.
-Może
pojedziemy dalej?
-A
to jeszcze gdzieś jedziemy?
-Tak.
Idziesz?-zagadnął mnie.
-Taj.
Już.-oddałem łuk właścicielowi strzelnicy i podziękowałem za
miły dzień, a on zaprosił mnie ponownie.
Znów
godzina w samochodzie. Jakie to jest męczące... Tym razem żaden z
nas się nie odzywał. Chyba go uraziłem czymś. Jest dorosły, a
zachowuje się jak dziecko. Odezwał się dopiero jak dojechaliśmy
na miejsce.
Stanęliśmy
przed jakąś knajpą, a raczej pubem. W około był jakiś las, ale
kojarzyłem tą okolicę. Nie wiem jaki i kiedy, ale byłem tu chyba.
-Chodź
do środka, bo robi się zimno. Zjemy coś i pogadamy sobie.
-Już
idę.
Weszliśmy
do środka. Pachniało tam piwem, hamburgerami i było słychać
mnóstwo facetów. Usiedliśmy przy barze na krzesłach. Obróciłem
się i spoglądałem w stronę parkietu. Teraz zauważyłem, że było
tam dużo kobiet.
-Chcesz
piwo?-wyrwał mnie z rozmyślań Matt.
-Tak,
ale małe. Idę potem na imprezę nie wiem, czy pamiętasz.
-Okey.
To jedno duże i małe.
-Przecież
prowadzisz.-upomniałem go.
-Spokojnie,
Matt pije bezalkoholowe. Kim jesteś, że tego nie wiesz?-zagadnął
barman.
-To
syn Anne, opowiadałem Ci.-Matt odpowiedział zanim się odezwałem.
Chwila
„syn Anne” ? To on się zna z tym barmanem. On doskonale
wiedział, że pije bezalkoholowe. Co tu do cholery jest grane!
Zaczynam się denerwować, ale muszę zachować zimną krew.
Po
posiłku spożytym w zupełnej ciszy zaczęliśmy grać w rzutki.
Niestety, ale wygrywał ze mną, bo za bardzo za tą grą nie przepadam.
-Miałeś
mi trochę o sobie opowiedzieć jak się dziś zobaczymy, a raczej nie
było okazji.-zwrócił się do mnie.
-No
trochę byliśmy zajęci. W sumie to nie wiem co Ci mam powiedzieć.
Chłopak jak chłopak. Lubię fajne dziewczyny, nawet dobrze się
uczę, czasami pójdę na imprezę. Mam normalne życie jak
przeciętny człowiek.-zdobyłem się na uśmiech.
-No
to faktycznie chyba nie ma co opowiadać.-upił łyk piwa.
-A
ty co mi ciekawego powiesz? Jak to jest z tymi twoimi synami?
-Wiesz
ogólnie rozwód z żoną miałem ciężki i teraz mam trochę
ograniczone prawa co do synów. Twoja mama jest całkiem fajna
kobietą. Nie wiem czy na nią zasługuję.
-Myślę,
że idealnie do siebie pasujecie.-skłamałem i podałem mu lotki.
-Może
i masz racje. Nie chce jej skrzywdzić. To by było moje trzecie
małżeństwo.
-Trzecie.-dodałem
pośpiesznie.
-Tak...
Eh... W pierwszym małżeństwie nie miałem dzieci.-powiedział
zdenerwowany.
-Na pewno?
-Przepraszam
czy ty mi coś zarzucasz!?-podniósł się ze stołka- Za kogo ty się
masz gówniarzu!?-przysunął się niebezpiecznie blisko, a jego
dłonie zacisnęły się w pieść.
-Przepraszam
nie chciałem Cię urazić. Nie wiem dlaczego z tym
wypaliłem.-uniosłem ręce w geście poddania.
-Dobrze.-natychmiast
ochłonął- Jedziemy do domu.-rzucił pieniądze barmanowi i
wyszedł.
***
Wyszedłem
spod prysznica i rozczesałem włosy. Podszedłem do szafy i wybrałem
bordowe vansy, moje ukochane, czarne rurki, czerwoną koszulkę z
napisem: „Young Lover Never Die” i skórzaną kurtkę. Poszedłem
do łazienki wysuszyć włosy, gdy dostałem sms:
„Jestem
na dole czekam z chłopakami :* ”
Wtedy
przypomniałem sobie, że miałem wysłać sms z adresem do Lou,
gdzie jest impreza. Znalazłem jego numer i wstukałem na ekranie:
„Pillar
Box Ln 246 będzie ostra impreza :)”
Chwilę
później dostałem sms od Lou:
„Dziki
za adres :) na pewno będziemy”
Psiknąłem
się jeszcze swoimi perfumami i wyszedłem z pokoju kierując się na
dół.
-Hej
chłopaki! Gdzie Crazy?
-Jest
w kuchni z twoją mamą.
-To
macie tu moje kluczyki.-rzuciłem im je- Wsiądźcie do auta, a ja
zaraz przyjdę z naszą zgubą.
Skierowałem
się do kuchni po dziewczynę i już w drodze do niej usłyszałem
dziwną rozmowę:
-Spokojnie.
Wybrałyśmy super ciuchy na pewno się wszystkim spodobasz. Byłoby
dziwne, gdyby nikt nie zwrócił uwagi na twoje wdzianko.
I
wtedy wszedłem do kuchni...
-O...
Marcel nareszcie.-powiedziała mama.
_________________________
Bardzo późno, wiem. Niestety nie będę się rozpisywać za bardzo, bo źle się czuję. Martwi mnie, że z rodziału na rozdział jest mniej komentarzy. Proszę wyrażajcie swoje zdanie.
_________________________
Bardzo późno, wiem. Niestety nie będę się rozpisywać za bardzo, bo źle się czuję. Martwi mnie, że z rodziału na rozdział jest mniej komentarzy. Proszę wyrażajcie swoje zdanie.
CZYTASZ=KOMENTUJESZ XOXO
KOCHAM! <3
OdpowiedzUsuń@Asia_Dir
Dobry rozdział, nareszcie :))
OdpowiedzUsuńtylko trochę za mało piszsz o miriam :)
Musicie byc cierpiwi :) Miriam będzie, ale musze to troche nakrecic. Przeciez to o niej jest to opowiadanie po czesci :)
UsuńJest super. Ciekawe co będzie na party ^^ @Vickey__2412 xx
OdpowiedzUsuń